Jesienne „Naj!”

Kolejna seria zawodów za mną. Tym razem trzy maratony: Hasco-Lek Wrocław Maraton, Maraton Warszawski, Poznań Maraton, i jeden Półmaraton „Szlakiem Walk nad Bzurą”. Tym razem nie chciałem łamać 4:00, co było celem na wiosnę, tylko 3:30.

REKLAMA

Gdy tak patrzę na to z perspektywy celów, to sam się sobie kłaniam w pas, że cel w pół roku podniosłem o 30 minut. A żeby było ciekawiej, to nie tylko cel posniosłem, ale też go zrealizowałem. Co prawda złamanie w Poznaniu 3:30, przyszło dużo trudniej niż 4:00 na wiosnę w Krakowie, jednak to nie zmienia faktu że się udało.

A na koniec, wzorem Wiosennego „Naj”, postanowiłem wybrać kolejne najlepsze, największe i najbardziej pamiętne aspekty zawodów. I przypominam, że to wybór z pełną subiektywną premedytacją.

Najładniejsze miasto

Wrocław. Nigdy wcześniej tego miasta nie widziałem, nigdy w nim nie byłem i momentami uważałem je za nieco przereklamowane. Ale jak tylko pojechałem to zdanie zmieniłem. Pod dworcem się, co prawda, pogubiłem jak nigdzie wcześniej, ale na starówce było pięknie. To miasto ma klimat.

Najładniejsza trasa

Sochaczew. Jedyna trasa poza wielkim miastem. I chyba dlatego najładniejsza. Poza tym, najbliższa temu gdzie biegam na co dzień. A jako, że startowało tylko 200 osób, to było na tyle luźno, że czułem się jak na swojej pętli. Słońce czy podbiegi na ostatnich kilometrach dodały tylko smaczku.

XXVIII Półmaraton Sochaczew - medal

Najszybsza trasa

Warszawa. To jedyna trasa gdzie były dwa zbiegi i ani jednego podbiegu. A raczej podbieg był, ale rozciągnięty i praktycznie nieodczuwalny. Ja przynajmniej nie nazywam tego podbiegiem. Poza tym dużo długich asfaltowych prostych gdzie można było się rozpędzać.

Najlepsze punkty odżywcze

Poznań. Tutaj wielki plus dla organizatorów za maksymalne wydłużenie punktów. Były to najdłuższe punkty ze wszystkich, jakie widziałem i w jakich miałem okazję się stołować. Zmniejszało to zdecydowanie tłok przy stołach i w zarodku rozładowywało korki. Wyjątkiem na każdym punkcie był pierwszy stół, ale tam się zawsze pchają…

Największy błąd

Wrocław i próba biegu na jakikolwiek wynik. Na drugi raz, którego mam nadzieje, że nie będzie, po antybiotykach nie będę się szarpał. Ustawię się pokornie na 4:30 czy 5:00 i się przetruchtam zgodnie z zasadą „byle do mety”. Nie chcę drugi raz tego przeżywać.

29 Hasco-Lek Wrocław Maraton - medal

Najlepsze wsparcie

Warszawa. Przed startem, w wianuszku znajomych. Po starcie, też. Na drugim kilometrze – Stasiek. Od 9 km do 33 km – Tomek, biegniemy raz obok, raz za sobą, ale cały czas niedaleko. Dużo gadamy. Dookoła śmiga nasz support wyposażony w dwa rowery, a na finiszu czeka osobisty fotograf z muffinami.

Najpiękniejsze uczucie

Sochaczew, gdzie po rozładowaniu się pierwszego tłoku złapałem swoje tempo i zacząłem wyprzedzanie. Od 5 kilometra, co chwilę kogoś mijałem. Coś na zasadzie, że po wyprzedzeniu jednego goniłem tego następnego, i następnego, i następnego… Piękne uczucie!

Najlepszy doping

Poznań. Głośna muzyka puszczana niewiadomo skąd, zespoły muzyczne (od metalowców do kapeli podwórkowej), rewelacyjny punkt dzieciaków na Ratajach i te rzesze ludzi na ulicach. Doping potrafił podnieść na duchu, szczególnie pod AWFem, gdzie był chyba najbardziej energetyczny punkt kibicowania.

Najlepsza gastronomia

Wrocław. Na pasta party niechcący, ale jednak, złapałem większą porcję przewidzianą dla jednego z organizatorów. To był plus i zdecydowanie największa porcja makaronu, jaką kiedykolwiek przed zawodami dostałem. Ale najlepsze było po biegu – szarlotka Joanny! Tak wiem, że jej nie było w pakiecie, ale była przepyszna! I dlatego musiała się tu znaleźć.

33 Maraton Warszawski - medal

Najlepszy gadżet

Wrocław. Dostawałem już w pakietach startowych koszulki. Dostawałem też, techniczne koszulki. Ale we Wrocławiu, w pakiecie, znalazłem techniczną koszulkę na ramiączkach, czyli typową startówkę. Oczywiście, wystartowałem w niej dzień później, a potem to samo powtórzyłem w Warszawie i Poznaniu. Warto było jechać po ta koszulkę.

Najlepsze miasteczko

Warszawa. Mam nadzieję, że miasteczko na Agrykoli zagości na dłużej. Bo było idealnie. Cień, spokój i dużo wolnej przestrzeni. To jest to, czym Agrykola się wyróżniła. Plus też za oddzielenie strefy dla zawodników już po wyjściu ze strefy mety. No i sprawna obsługa. Ani razu nie stałem w kolejce.

Najtrudniejszy moment

Wrocław i nieszczęsny most nad Odrą na 39 kilometrze. Już od prawie 10 kilometrów kręciło mi się w głowie i już raz leżałem na chodniku z wyczerpania, ale na tym moście było jeszcze gorzej, najgorzej. Zawroty głowy, odruchy wymiotne, wyczerpanie i totalne rozbicie. Chciałem zejść. Chciałem, aby mnie z trasy zdjęli.

Najlepszy bieg

Poznań zdecydowanie. Tam nic mnie nie zawiodło i nie zaskoczyło. Miałem tam złamać wymarzone 3:30 i złamałem. Dzięki doskonałemu prowadzeniu pacemakerów zrobiłem 3:28. Piękny wynik! Było ciężko, ale wytrzymałem i ani na chwilę się nie zatrzymałem. Ściana?! Wolne żarty…

12 Poznań Maraton - medal

Najlepszy finisz

Sochaczew. Wybór był ciężki, ale zgodnie z zasadą że „Jeśli możesz przyśpieszyć na finiszu to znaczy że na trasie nie dałeś z siebie wszystkiego”, odpada Wrocław i Warszawa. W Poznaniu już nie mogłem wiele przyśpieszyć w końcówce, ale całość przebiegłem równym szybkim tempem. Natomiast w Sochaczewie nie mogłem przyśpieszyć, bo… przyśpieszałem od samego początku. I to coraz bardziej. Finiszując byłem na końcu skali przyśpieszania. Więcej się nie dało.

Najlepszy powrót

Poznań. Całą drogę siedzieliśmy na czym popadnie, czyli schodach i torbach. Do tego butelka Jacka Danielsa i zakąski z KFC. A na deser nasze dobre humory i medale na szyjach. Tym pociągiem jechało jeszcze trochę maratończyków, ale nikt nie robił tyle zamieszania co my. A i jeszcze jedno – przejechałem całą drogę bez biletu.

I to by było na tyle… Więcej pewnie będzie, tylko muszę trochę pobiegać, postartować i medali pozdobywać.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *