Raz na wozie, raz pod wozem, czyli gorszy dzień…

Bieganie wcale nie jest takie przyjemnie jak czasami się wydaje. Czasami wychodząc na trening masz do zrobienia coś co na papierze wygląda na trudne, a robisz to nadzwyczaj łatwo. Bywają dni, że bez większych emocji robisz to co masz do zrobienia. Czasami jednak nawet najprostszy trening, najzwyklejsze spokojne rozbieganie idzie „jak przez szmatę”.

REKLAMA

To jest w zupełności normalne!

Znacie pewnie to…

„Ja pierdziu!! Cały dzień na nogach, a mam jeszcze trening z sześcioma tysiączkami do zrobienia. Ledwo się ruszam! To niewykonalne! Przełożę na jutro rano!”

A potem siadasz na kanapie. Łapiesz oddech, stwierdzasz, że nie jest najgorzej i spróbujesz. Najwyżej skrócisz trening. Wychodzisz i okazuje się, że najpierw powłóczyłeś nogami wracając z pracy, a potem wchodzi Ci trening życia!!

To jest w zupełności normalne!

Ale bywa też tak…

„Jest dobrze. Wyspałem się, wczoraj miałem wolne od treningu. Minęło już dwie, może trzy godziny od jedzenia. Jestem gotów na zaoranie dzisiejszego treningu. Jest moc!!”

A potem męczysz się na rozbieganiu jakby Ci ktoś hamulec zaciągnął, szybkie odcinki robisz tak jakbyś pierwszy raz próbował biec szybciej niż trucht, a na pierwszym z brzegu podbiegu czujesz jakby Ci ktoś założył plecak z kamieniami na plecy. Nosz kur…

I to też jest w zupełności normalne!

Jak bardzo może nie pyknąć…

Właściwie to spokojnie mógłbym tutaj stworzyć swój dowolny TOP najbardziej zepsutych treningów ostatniego roku. Takich gdzie brakowało mi wszystkiego, a kończąc je prosiłem o skrócenie cierpienia i dobicie na miejscu. Nie miałbym z taką listą najmniejszego problemu. Te najbardziej zepsute pamiętam aż za dobrze:

  • pewne 8×400, gdzie „umarłem” gdzieś na trzecim powtórzeniu, siłą woli zrobiłem jeszcze trzy kolejne, ale przed szóstym w przerwie zamiast truchtu szedłem, a i tak choć wyplułem płuca to nie zmieściłem się w zakładanym czasie. Zegarek w międzyczasie pokazał mi taką wartość tętna, że HRmax ze wzoru 220-wiek mogło się schować…
  • pewien dość spokojny bieg z narastającą prędkością, gdzie skończyłem trzy czy cztery kilometry za wcześnie i zabiło mnie… tempo półmaratonu. Jak, to?! Tempo półmaratonu?! Jesteś w stanie nim biec przez półtorej godziny a teraz nie dajesz rady 2 kilometrów?! Są dni, że nie daję!
  • najprostszy z możliwych treningów czyli rozbieganie. Tak, tak. Czasami takie zwykłe „nawijanie kilometrów” też nie idzie. A jeszcze w dodatku jak w planie mam napisane 18 km a ja już po sześciu sapię jak parowóz i mam nogi z takiej waty, że to cud, że jakkolwiek przesuwam się do przodu. I nic to nie zmienia, że tydzień wcześniej czy tydzień później robię na luzie jeszcze dłuższe rozbiegania. Zdarzyło się raz, że zamiast osiemnastu kilometrów ledwo doczłapałem osiem. Ani to long run ani rest run… Czy ja w ogóle potrafię biegać?!
Gorszy dzień

Paul why?!

Dlaczego tak? Dlatego, że nie da się robić wszystkich treningów na idealnym samopoczuciu. Jeśli robisz coś regularnie to w każdej dziedzinie życia masz lepsze i gorsze dni. Można być wyspanym i nie zarwać żadnej nocy w ostatnim tygodniu. Można być wypoczętym i mieć spokojną głowę. Można wyjść w najbardziej odpowiedniej porze dnia na trening… Można zrobić wszystko, a potem wychodzisz i czujesz, że to zdecydowanie nie jest „ten dzień”.

Najważniejsze to przyjąć do wiadomości, że tak czasami bywa a im bardziej skomplikowane i mocne masz treningi tym takie sytuacje mogą zdarzać się częściej. Ktoś mądry kiedyś napisał, że najlepsze treningi są wtedy kiedy Ci się nie chce, nie idzie a Ty i tak robisz swoje. Albo przynajmniej próbujesz robić swoje, bo najgorzej jest nie wyjść i nie spróbować. Raz myślisz, że nie jesteś w stanie truchtać a robisz trening życia i zastanawiasz się „mogłem pobiec jeszcze mocniej”. Raz myślisz, że możesz wszystko, a zabija cię spokojne tempo rozbiegania…

I to jest w zupełności normalne!

REKLAMA

4 myśli na temat “Raz na wozie, raz pod wozem, czyli gorszy dzień…

  • 15.07.2020 o 19:20
    Permalink

    Taaak… Skąd ja to znam… Najlepsze czasy miałam w dni kiedy nie czułam się w ogóle na siłach żeby biec, obiecywałam sobie „wybiegnę ile dam radę, niech będzie i te 5km” ,a nagle nie wiadomo skąd robiło się 15km w najlepszym dotychczas czasie… Mój pierwszy półmaraton też się w ogóle nie zapowiadał, warunki nie sprzyjały (deszcz, silny wiatr w twarz) a tu pyk! I poszło 😉 Zawsze kiedy czuję się nie na siłach wychodzi mi coś dobrego. Najważniejsze to przełamać „bezsilność” i ruszyć się 🙂

    Odpowiedz
    • 17.07.2020 o 09:39
      Permalink

      Wszyscy znamy to uczucie Biegam już… a NIE przepraszam… trenuję bieganie już 5 lat i za nic na świecie nie potrafię wytłumaczyć tego „zjawiska”‍♂️

      Odpowiedz
      • 19.07.2020 o 23:48
        Permalink

        Ci co biegają (nie trenują) też to znają. Są dni że biega się miło i przyjemnie a są, że „nie idzie” 😉

  • 16.07.2020 o 10:07
    Permalink

    Człowiek to jednak nie maszyna i ma lepsze i gorsze dni. Ja także musiałem się nauczyć przede wszystkim słuchać swojego organizmu. Pozdrawiam

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *