Rok carbonu w cieniu koronawirusa

Dwa razy to powiedziałem przed kamerą – w butach biegowych 2020 to będzie rok carbonu. To było w styczniu, może w lutym. A potem koronawirus wyciągnął wtyczkę i na rynku biegowym zgasło światło.

REKLAMA

Trzy lata na nowy model butów

Żeby tez była jasność. Z punktu widzenia marek biegowych i ich długofalowych planów zmienia się niewiele. Mamy wiosnę 2020 a sklepy wybierają już to co będzie na ich półkach w sezonie 2021. Marki biegowe maja już w swoich biurach, labolatoriach i na tablicach kreślarskich buty na 2022 a może i na 2023. Proces powstania kolejnego buta to nie miesiąc, dwa czy pół roku. To proces dwu- lub trzyletni.

Zgaszenie światła na rynku na miesiąc czy dwa nie zmieni planów „na już” co najwyżej te w dłuższej perspektywie…

Dlaczego 2020?

Pamiętacie kiedy pojawił się pierwszy Nike Vaporfly? Jeśli nie to przypomnę – w 2017 roku na Monzie podczas #breaking2. Wtedy Kipchoge miał na nogach prototyp Vaporfly’a – pierwszy but wykorzystujący płytkę z włókna węglowego, która daje dodatkową dynamikę. Rok 2018 to rok kiedy Vaporfly’e wjechały pod strzechy w postaci Vaporfly’a 4%. Rok 2019 sprawił, że Vaporfly stał się ubogim krewnym prototypu Alphafly’a. Już nie jedna a trzy płytki w włókna węglowego, cztery poduszki gazowe i cholera wie co tam jeszcze w nim siedziało. To właśnie w tym bucie Kipchoge przebiegł w Wiedniu dystans maratonu w 1:59:40.

Teraz mamy rok 2020 i…

Alphafly NextPercent
news.nike.com

Pamiętacie jak pisałem, że proces powstania buta to dwa, trzy lata? Właśnie dlatego po trzech latach od pierwszego „carbonowego” buta mamy (mielibyśmy – zobaczymy co z tego wyjdzie) wysyp butów carbonowych innych marek. Nike w 2017 roku zrobiło coś przełomowego i trzy lata później szykuje nam się „rok carbonu” u niemal wszystkich liczących się producentów. To żaden przypadek.

A nie będzie?!

Będzie ale prawdopodobnie z dużo mniejszym HURRA!, bo jak pisałem na początku nie da się zmienić „na już” planów wieloletnich. Co innego plany krótkoterminowe… Nike planowało AlphaFly’a wprowadzić do sprzedaży wiosną 2020 roku. Planowało aby w nich wystartowali zawodnicy walczący o kwalifikację olimpijską w kadrze USA. Plany trochę się rozjechały. Z marca zrobił się czerwiec. W lipcu i sierpniu zamiast Igrzysk Olimpijskich mamy w kalendarzu wielką czarną dziurę. Cały misterny plan w… Trzeba zrobić nowy.

Ten ból głowy mają zapewne wszyscy, choć wszyscy poza Nike mają według mnie gorzej. Dlaczego? Bo Nike przez trzy lata tak się rozpędziło na carbonie i jest takim gigantem, że będzie parło siłą tego co już wypracowali. Gorzej jeśli zaplanowałeś sobie, że dorównasz kroku liderowi, przygotowałeś produkt a tu… klops! W szczycie wiosennego sezonu biegaczy usadzono na tyłkach. Zawody biegowe z Igrzyskami włącznie odwołano! Co robić? Jak w takich warunkach wprowadzić zupełnie nowy produkt do swojej oferty?

Dodatkowo, czy w czasie koronakryzysu chcesz wydawać jeszcze więcej na buty? Nawet te najszybsze na świecie?! Raczej nie, choć…

Ciepłe bułeczki

Niech podniesie rękę w górę ta i ten z was, kto na jedne buty do biegania wydał więcej niż tysiąc złotych?!

Nikt?!

Nie dziwię się. Ale na nike.com przez chwilę pojawił się Nike AlphaFly Next% – najbardziej carbonowy z carbonowych butów. But będący na pierwszy rzut oka identyczny z tym w którym biegł Kipchoge w Wiedniu. Kosztował 300 euro czyli 1300 złotych. Po kilku chwilach pojawił się przy nim napis SOLD OUT – wyprzedane.

Można kręcić nosem na cenę bo 300 euro tudzież 1300 złotych to paskudnie duża kwota. Można kręcić nosem, że to nie dokładnie taki sam but jak prototyp w którym biegł Kipchoge (zamiast trzech płytek carbonowych mamy jedną a podeszwa jest minimalnie niższa), bo musiał zostać dostosowany do wymagań World Athletics. Można powiedzieć, że większość biegaczy wyda tyle przez kilka lat na trzy/cztery pary butów. Ale, śmiem twierdzić, że w tym konkretnym przypadku AlphaFlye były… tanie. Na świecie jest wystarczająco dużo freaków, którzy chcą go mieć tylko ze względu na aurę rekordów i najlepszego (a czy to ważnie, że nieuznanego) wyniku w maratonie. Te 300 euro czy 1300 złotych to nic. Gdyby Nike wywindowało jego cenę jeszcze o 50 czy 100 euro do poziomu 400 euro/1700 złotych to też by się wyprzedał jak ciepłe bułeczki.

Magia wyniku poniżej dwóch godzin w maratonie działa.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *