VI Bieg Konstanciński – plusik za wynik i „pała” za styl

  • Zadowoleni? – zapytał
  • Tak – odpowiedziała
  • Tak – odpowiedział
  • Nie – odpowiedziałem ja…

To najkrótsza relacja z Konstancina i postaram się nie jojczyć nad tym jak mi nie poszło i jak bardzo to nie był ten dzień. Bo poza tym Bieg w Konstancinie fajny jest.

REKLAMA

Trasa dość szybka, bez nawrotów o 180 stopni. Z całkiem sporą ilością długich prostych, na których można się nieco wyłączyć i złapać równe tempo. Jedyne co to leciutko, ale to naprawdę leciutko falujący teren. W kilku miejscach było troszkę pod górę, w kilku troszkę w dół. Tego dnia mi to przeszkadzało. Jak wszystko inne…

Miejsce też jest ładne bo generalnie Park w Konstancinie-Jeziornej do takich się zalicza. Sporo zieleni. Sporo miejsca. Fajny klimat. Lubię tam biegać. Biegłem już drugi raz. Za pierwszym razem było pięknie, za drugim tragicznie. Ale cóż. Takie jest życie i bieganie.

Pakiety startowe też zawsze należą do tych które zapadają w pamięci. A to kostka do toalety, a to zmywak do kuchni, a to odświeżacz powietrza. Ulubiony suchar biegu w Konstancinie to ten że „kostkę do kibla już mam, już nie muszę biegać”. Takiego zapasu akcesoriów domowych do domu z żadnego biegu nie przywożę.

VI Bieg Konstanciński - medal

To nie był mój dzień. W teorii było wszystko dobrze. Ostatni tydzień zgodnie z planem. Bez urazów, problemów i jakichkolwiek historii na które można potem zwalić nieudany start. To nie był dzień na bicie się o personal besty ale chciałem zrobić lepszy wynik niż dwa tygodnie temu w Żyrardowie. Tylko tyle i aż tyle.

Zacząłem planowo po 4’15/km. Drugi kilometr również planowo po 4’15/km, ale zacząłem czuć że coś jest nie tak. Trzeci patrząc na międzyczasy także planowo po 4’15/km, ale organizm włączył już czerwoną lampkę. Szit, fak i morwa mać… Na czwartym kilometrze druga czerwona lampka zapaliła się pod żebrami – kolka. Nie na tyle duża aby stawać czy cokolwiek, ale wkurzała. Zwolniłem, przeszła. Przyspieszyłem, wracała. Kolega którego minąłem gdzieś na drugim kilometrze zaczął mnie doganiać. Słyszałem go zanim jeszcze zobaczyłem przez ramię. Kilometr czy dwa pobiegliśmy razem. Trochę go pociągnąłem co skutkowało tym, że znów lampka pod żebrami paliła się mocniej i chciałem skończyć to jak najszybciej.

VI Bieg Konstanciński - finisz

Finalnie tłukłem się tak do samej mety, którą osiągnąłem w 43:49. Wynik raptem o dwadzieścia cztery sekundy gorszy niż w Żyrardowie. Trener powiedział – stabilnie. Ale ostatnie treningi dawały apetyt na lepszy wynik oraz na bieganie w lepszym stylu. Za wynik daję sobie plusik bo mimo problemów i tego jak bardzo „nie szło” to jest pewien sukces. Za styl daję sobie pałę. I to właśnie dlatego na pytanie:

  • Zadowoleni?

Odpowiedziałem

  • Nie

Ale nie na tyle aby powiedzieć, że moja stopa już nigdy w Konstancinie nie postanie. Bo bieg jest fajny, a że czasami nie idzie…

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *