Warsaw Track Cup 2020, czyli maTYSIAK

Nie ma zawodów na ulicy więc wystartuj na bieżni – mówili. Będzie fajnie – mówili. Wybierz tylko dystans – 1000 metrów, 1500 metrów, 3000 metrów czy 5000 metrów – mówili. To chyba jedyna okazja aby pobiec coś czego normalnie nie biegam, więc zapisałem się na „tysiaka”. Nawet jak coś pójdzie nie tak to tylko 2,5 koła…

REKLAMA

Na zawodach na bieżni biegałem dwa razy przy okazji Sztafety Charytatywnej. Nigdy indywidualnie. Nigdy na tysiąc metrów. Rekordów życiowych brak. Punktu odniesienia brak. Odpowiedniego podejścia brak. Ale jak ktoś szuka nowych wyzwań to polecam. Tylko uwaga, będzie szybko, bardzo szybko a jak nie będziesz wystarczająco szybko przebierać nogami to będą cię dublować.

Miting ułożony był tak, że im dłuższy dystans tym rozgrywany był później. Zaczęły więc dzieciaki na 30, 60, 100, 200 i 400 metrów a potem…

Warsaw Track Cup - stadion podskarbińska
fot: Warsaw Track Cup

Na bieżni maTYSIAK

Dokładnie o 17:46 ruszyła moja seria na 1000 metrów, a mnie poniosło. Szczególnie na pierwszych dwustu metrach, kiedy ruszyłem za czołówką mojej serii. Raz kozie śmierć, najwyżej nie pyknie… Po dwustu metrach kiedy pierwszy raz przecinałem linię mety i miałem przed sobą jeszcze dwa koła byłem trzecim czy czwartym zawodnikiem. Grubo! Tym bardziej, że siedzący niedaleko linii mety Daniel (paręnaście serii później pobiegnie 15:03,15 na 5000 m) potem mi powie, że mocno zaczęliśmy (tak po 3’00-3’05/km). Grubo po raz drugi!

Tak jak było grubo na pierwszych dwustu metrach, tak po kolejnym łuku skończyło się rumakowanie. Zdecydowana większość peletonu zaczęła mi odjeżdżać, a ja nie miałem sił aby zabrać się za nimi i zostało mi trzymanie tego co jest. Od 300 metra koncentrowałem się tylko aby nie odpuszczać i to dobiec do końca. Prosta, łuk, prosta, łuk… Przecież to tylko tysiak. Taki interwał jaki kur… robisz na treningu. Tylko taki mocniejszy… Dociągnij i odpoczniesz!!

Nie wiem na której pozycji wpadałem na ostatnie koło i wiele więcej z samego biegu nie pamiętam. Bo koncentracja. Bo walka aby dociągnąć do mety. Nie słyszałem, że na okrążenie przez metą dzwonił dzwonek, nie patrzyłem na zegar, nie pamiętam kto biegł obok a że na finisz wpadłem z biegaczem w czarnej koszulce dowiedziałem się ze zdjęcia. Zresztą fotografia mówi wiele – dobijcie mnie, byle szybko. Dobrze, że chwilę po tym zdjęciu mogłem już pacnąć na ciepły tartan a potem na zacieniony trawnik przy tartanie.

Warsaw Track Cup - 1000m
fot: Warsaw Track Cup

Wnioski z trawnika i trybun

Wynik 3:26,67 cieszy, bo realnie patrząc przed startem chciałem pobiec poniżej 3:30, ale też nieśmiało myślałem o 3:20. Gdzieś tam w głowie jest też niedosyt, że gdybym to pobiegł mądrzej (słowo klucz) i nie przeszarżował z tempem na pierwszych 200 metrach to sił starczyło by mi na dłużej i może jeszcze kilka sekund z tego wyniku bym urwał… Mogłem sobie gdybać leżąc na trawie przy stadionie…

W moim wykonaniu to byłoby na tyle. Następne serie to jeszcze dwie serie na 1000 metrów a potem trzy na 1500, trzy na 3000 metrów i pięć serii na 5000 metrów. Ja w trzy minuty zrobiłem swoje i mogłem już tylko trzymać kciuki z trybun.

Już?! Jechać ponad godzinę na zawody po to by pobiec tylko 3 minuty a potem siedzieć 3 godziny na trybunach?! Tak, dokładnie tak!

Symboliczne w tym wszystkim jest też to, że na 42 zawodników startujących na 1000 metrów zająłem 38 miejsce. Piąte od końca! To pokazuje, że to zupełnie coś innego niż bieganie na ulicy. Bieżnia wymaga aby biegać szybko a na zawody przyjeżdżają w zdecydowanej większości mocni i ambitni biegacze, którzy chcą się sprawdzić. Ja ze swoim bieganiem jestem daleko za nimi, ale nie ma co jojczyć. Jak to mówią – lepiej być ostatnim wśród najszybszych niż pierwszym wśród najwolniejszych.

REKLAMA

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *