Kiedy pobiegłem tam rok temu powiedziałem, że za rok przyjadę tu tylko dla tej góry. Więc wróciłem i znów zmierzyłem się z trudną kazimierską trasą. Znów była góra, znów nie biegło się łatwo, ale warto było wrócić do Kazimierza.
Na samym początku czekało nas małe zaskoczenie bo start i całe biegowe miasteczko przeniosło się z rynku nad Wisłę. Właściwie to nawet na wiślany wał. Żeby było zabawniej do biegu startujemy zza wału i na pierwszych 100-200 metrach przebiegamy góra-dół przez wał. Między wałem a Wisłą miejsca było mniej niż na rynku, ale mniej było też przypadkowych „kibiców”, którzy kręcą się pod nogami. To taki niewielki plus bo mimo wszystko wolałem start i metę na kazimierskim rynku. Nawet z tego względu, że na finiszu do rynku zbiega się w dół. Do wału z rynku jest jeszcze kilkaset metrów po płaskim. No i na rynku mam od razu po mecie lody, koguty i atrakcje okolicznych knajpek i cukierni.

No ale… Skoro start przeniósł się nad Wisłę to ja z rozgrzewką przeniosłem się w kierunku rynku. Jest pewnym wyzwaniem znalezienie prostego, płaskiego i wolnego od turystów odcinka w Kazizmierzu na którym można zrobić rozgrzewkę. Ale znalazłem. Trochę wymachów, skipów, kilka przebieżek i… Ufff… Trzeba truchtać na start. Plan na dziś jest skromny. W zasadzie to do regularnego biegania wróciłem kilka tygodni temu. Do planu wróciłem tydzień temu. Miło by było jakby była czwórka z przodu ale co z tego wyjdzie? Nie wiedziałem.
Start wyszedł mi za mocno. Pierwszy kilometr na postartowym flow poleciałem w 4:38. Za szybko jak na dzień dzisiejszy. Zwolniłem i choć teren cały czas lekko się wznosił to pilnowałem tempa 5’00/km. Pod lekka górkę było to nieco trudniejsze niż na płaskim.

Po czterech kilometrach wyrosła ona. Góra dla której tu przyjechałem. U jej podstawy stoi znak oznaczający stromy podjazd i tabliczka 10%. W tym miejscu padło już wiele niecenzuralnych słów i ja sam w ubiegłym roku rzuciłem tu jakąś kur… kę. Tak było rok temu. Tym razem pomyślałem:
– Spokojnie Paweł. Wiesz co robić. Już raz to podbiegłeś.
I podbiegłem po raz drugi. Drobiąc kroki i pchając się pod górę. Kiku biegaczy z którymi biegłem wcześniej w malej grupce zostało z tylu. To trochę motywowało. Tempo spadło do 5’40/km, momentami do 6’00/km ale..
– Dawaj, jeszcze trochę!!

Na górze czekało niemiłe zaskoczenie bo przesunięcie startu nad Wisłę spowodowało skrócenie trasy na szczycie góry. Zamiast kilkusetmetrowej agrafki, na szczycie podbiegu był nawrót i od razu „dzida” w dół. Na szczycie był tez punkt z wodą, ale ledwo łapałem powietrze więc wodę sobie darowałem. Na dychach z reguły wodę sobie daruję. Nie ma sensu na nią tracić czasu.
W dół wcale nie łatwiej, bo jeszcze w nogach siedzi podbieg, a tu trzeba się puścić w dół. Więc puszczam się i znów kogoś wyprzedzam. Tempo? Tak jak pod górę wlokłem się po 5’40/km tak teraz zbiegam po 4’00/km. Z przeciwka pod górę biegną następni, ale bardziej niż na nich skupiam się na patrzeniu pod nogi aby orła nie wywinąć. Na takim zbiegu skończyłby się nie najlepiej.

Skończyła się za to góra i tempo wróciło do normalności. Do samego końca jest i będzie lekko w dół więc tym razem biegnę poniżej 5’00/km. I tak właściwie do samego końca.
Ostatni godny uwagi akcent samego biegu to rynek w Kazimierzu. Na rynku są kibice, okrzyki „Paweł dawaj!!” więc jeszcze trochę dociskam i na metę wpadam w 49:14. Plan wykonany.

Choć było wolniej niż w zeszłym roku to znów wracam zadowolony. Góra mnie nie pokonała, wbiegłem na nią tak jak chciałem. Zresztą widać to po międzyczasach. W tamtą stronę 25:15, powrót w 23:59. Choć na pierwszy rzut oka coś jest nie tak, to w Kazimierzu trzeba wziąć pod uwagę, że pierwsze 4 km jest lekko w górę, potem masz górę 10% a potem nawracasz i biegniesz w dół. Jeśli pobiegłbym drugą połowę wolniej niż pierwszą to wtedy uznałbym, że coś poszło nie tak. A poszło na tak. Jak na raptem tydzień biegania według planu było nieźle.
Można wziąć izotonik i posiedzieć nad Wisłą…