Jedz i Biegaj – Scott Jurek, Steve Friedman

„Jedz i Biegaj”, niezwykła podróż do świata ultramaratonów i zdrowego odżywiania – już sam taki tytuł sprawiłby, że po tą książkę sięgnąłbym bym bez oporów. A kiedy do tego dochodzi fakt, że jest to książka Scotta Jurka, po prostu muszę po nią sięgnąć. Muszę przeczytać, co o bieganiu i jedzeniu (w tej kolejności) pisze jeden z najlepszych ultramaratończyków na świecie. Człowiek, dla którego nie ma rzeczy niemożliwych. Człowiek, który będąc weganinem wygrywał ultramaratony w Dolinie Śmierci.

REKLAMA

Scott Jurek

Scott to postać nietuzinkowa. Jego osiągnięcia budzą nieukrywany szacunek. Wymieniając tylko te najbardziej działające na wyobraźnie to:

  • zwycięstwo w Spartatlonie (245 km), trzy razy z rzędu (2006-2008);
  • zwycięstwo w Hardrock Hundred Mile Endurance Run (100 mil) z rekordem trasy (2007);
  • zwycięstwo w Western States Endurance Run (100 mil), siedem razy z rzędu (1999-2005), w tym z rekordem trasy (15:36:27 w roku 2004);
  • zwycięstwo w Badwater Ultramarathon (135 mil), dwukrotnie (2005, 2006), z rekordem trasy (2005).

Od wyobrażania choćby jednego z tych biegów można dostać zawrotu głowy. A tak dla ścisłości, wypisałem tylko najważniejsze zwycięstwa w biegach co najmniej stumilowych. Tego wszystkiego dokonał jeden człowiek – Scott Jurek.

Biegaj

Książka „Jedz i biegaj” jest historią Scotta w odcinkach. Zaczyna się , jak przystało na porządny tytuł, od trzęsienia ziemi, jakim jest wyścig Badwater w 2005 roku, a potem wracamy do korzeni. Dosłownie korzeni, gdyż historia cofa się do dzieciństwa Scotta w Minnesocie. Poznajemy powody, dla których jego historia potoczyła się właśnie tak a nie inaczej. Poznajemy jak czasami drobny z pozoru szczegół, okazywał się kluczem do ukształtowania młodego chłopaka w późniejszego wybitnego ultramaratończyka.

Kolejne rozdziały to kolejne wyścigi. Nie ma tutaj wiele rozgrywek zakulisowych. Jest tylko czyste bieganie, które Scott opisuje w bardzo prosty sposób. Opisuje rywalizację z przeciwnikami oraz rywalizację z samym sobą. Tym, co się rzuca się w oczy czytając książkę jest to, że podczas zawodów jego najwierniejszym towarzyszem jest ból. To z nim walczy w najprostszy z możliwych sposobów – oswaja się z nim. Wręcz zaprzyjaźnia. Dla Scotta ból i zmęczenie jest czymś naturalnym. Czymś, bez czego bieganie i wygrywanie nie ma sensu. Czymś, z czym trzeba się zaprzyjaźnić, chcąc myśleć o przekraczaniu swoich granic. Bo Scott chce coraz więcej.

Nie zadowala do 50 milowy Minnesota Voyageur. Chce więcej. Chce pokazać, że „ten gość z Minnesoty” potrafi wygrywać i że wygrywa. Historie Scotta są niesamowite. Czasami nawet można w nich odnaleźć siebie. Można odnaleźć w nim swoje słabości i wskazówki jak je pokonać. Można się poczuć jakby jego sukcesy były naszymi sukcesami. Ta książka ma to „coś”, co sprawia, że można się w niej dosłownie zatopić bez reszty.

Lecz jego historia to nie tylko pasmo sukcesów. To też historia o zwątpieniu i emocjonalnej pustce, która powstała w wyniku straty bliskich osób.

Genialne są krótkie kilku akapitowe wstawki na końcach rozdziałów. Dotyczą rzeczy bardziej technicznych, niepasujących do reszty książki, lecz doskonale ją uzupełniających. Te części to takie wisienki na torcie. Scott prezentuje w nich w bardzo skondensowany sposób swoją wiedzę z zakresu techniki biegu, sposobu oddychania czy radzenia sobie z kryzysem. Część rozwiązań jest dosyć oryginalna, lecz w gruncie rzeczy logiczna. Warto się z nimi zaznajomić. A nuż coś zaadaptujemy dla siebie.

Jedz i biegaj - Scott Jurek

Jedz

Książka nie na darmo ma tytuł „Jedz i Biegaj”. Scott nie osiągnąłby tych sukcesów bez tak dobrego zrozumienia swojej diety. W wielu z początkowych rozdziałów poznajemy jak ewoluował weganizm Scotta. Im bardziej świadomie jadł i ograniczał produkty zwierzęce, tym lepiej biegał. Jak dużo w tym diety, a jak wiele treningu, nie mnie oceniać, lecz ten fakt zmusza do myślenia i pokazuje inną drogę. To, że większość ultramaratończyków wychodzi z założenia, że „w dobrym piecu wszystko się spali” nie oznacza, że nie można porzucić mięsa i zastąpić go produktami roślinnymi. Można. I można w ten sposób wygrywać.

W książce na końcu rozdziałów znajdziemy coś jeszcze niż tylko techniczne porady Scotta. Każdy rozdział kończy się jednym lub kilkoma przepisami dań wegańskich. Przepisy są ciekawe i inspirujące, lecz dla mnie niewykonalne. Zbyt wielu składników nie znam i nie wiem, gdzie się udać na ich poszukiwanie. Kuchnia wegańska jest dla mnie na chwilę obecną zbyt nieznana.

Podsumowanie

„Jedz i Biegaj” to świetna książka. Opowiada nie tylko o bieganiu i wegańskim jedzeniu. Opowiada też o walce z bólem, szukaniu własnych granic i tym czymś nieuchwytnym, co stanowi sens biegania. Tym czymś za czym każdy goni. I właśnie, dlatego jest to książka dla wszystkich kochających bieganie. Każdy znajdzie w niej kawałek siebie. Ja znalazłem i ja tą pasjonującą książkę polecam.

Aha! Książka ma jeszcze jedna wielką zaletę. Po przeczytaniu jej raz pierwszy i po zapoznaniu się z całą historią Scotta nie ma problemu z wróceniem do niej. Każdy rozdział jest małą zamkniętą historią, która ma swój początek i koniec. Do każdej z nich można w dowolnym momencie po raz kolejny wrócić.

A jest, do czego wracać.

REKLAMA

7 komentarzy do “Jedz i Biegaj – Scott Jurek, Steve Friedman

  • 09.10.2012 o 21:18
    Permalink

    Ja pierwszy raz, zaraz po premierze tę książkę nie tyle czytałem co słuchałem. W czasie biegania oczywiście;-)
    I wrażenie na mnie marne zrobiła. Tzn. Jurka znałem i szanowiałem już wcześniej. Do tego sam jestem weganinem.
    Jak pojawiło się tłumaczenie, to sobie kupiłem w Empiku, bo stwierdziłem, że skoro się pokazała to dlaczego miałbym jej nie kupić. No jak sobie zacząłem ją czytać to mnie wciągnęła niesamowicie. Po pierwsze, w audiobooku rozdziały nie są przerywane poradami i przepisami. Są one na końcu w dodatkach. Przez do wszystko jest się zlepia i jest jakieś takie nuudne. Po drugie przypomnialem sobie, coś co wiem doskonale – fizyczną (bo ebooki ja osobiście też zaliczam do tej kategorii) książkę czyta się po prostu inaczej. Kropka. A w tym przypadku medium miało znaczenie.

    Odpowiedz
  • 09.10.2012 o 22:12
    Permalink

    Książka moim zdaniem genialna. Z tych o bieganiu, a nie o treningu, najlepsza jaką dotychczas czytałem.

    Odpowiedz
  • 09.10.2012 o 23:58
    Permalink

    Dla mnie wegetarianizm to niebezpieczna dla zdrowia zabawa. Trzeba naprawdę dużo wiedzieć o odżywianiu żeby stosować dietę bez mięsa i nie zrobić sobie krzywdy. Samo to że o ile wiem tylko i wyłącznie soja z produktów bezmięsnych ma wszystkie 20 potrzebne człowiekowi aminokwasy (nasz organizm nie potrafi ich syntetyzować, trzeba je zjeść). Można komplementować te aminokwasy z różnych wegetariańskich źródeł – no ale trzeba wiedzieć z jakich. Już nie będę wspominał że to szczególnie ważne u dzieci, było kilka przypadków rodziców-skrajnych wegetarianów którzy de facto zagłodzili dzieci na śmierć.
    Generalnie wychodzę z założenia że mam kły i siekacze ergo – jestem mięsożerny 🙂 no, tylko w piątki staję się wegetarianinem (ale rybę wtedy jem ;))

    Odpowiedz
    • 10.10.2012 o 01:26
      Permalink

      Leszku, to co piszesz to stereotyp, a bardziej nawet mit. Niestety wegetarianizm, a tym bardziej weganizm niesie ze sobą negatywne (często słusznie) konotację. Dlatego, że często nie wiąże się jedynie z podejściem do diety, a ma podłoże 'ideologiczne’. Ja osobiście nie lubię tych definicji. Ja po prostu jem tylko produkty pochodzienia roślinnego. Robie tak bo jest do dla mnie dobre. Potwierdziłem to dużo ucząc się na ten temat i wchodząc w temat powoli i z głową. Dziś dietę mam o wiele bardziej urozmaiconą i bogatą we wszelkie składniki odżywcze nie większość osób jedzących mięso. I uwierz mi nie jest to tak skomplikowane/czasochłonne jakby mogło się wydawać.

      Co do Twoich argumentów, to jeśli chodzi o białka te które my potrzebujemy to 20 aminokwasów, z których 11 potrafimy syntezować sami. Pozostałe 9 musimy dostarczyć w pożywieniu. I bynajmniej nie są one domeną produktów zwierzęcych. Znajdują się w wielu produktach roślinnych takich jak ziarna, orzechy, nasiona, warzywa, czy roślinach strączkowych. Np. fasola, migdały, soczewica, komasa, szpinak, czy brokuły. Mowiąc krótko, jeśli Twoja dieta zawiera różnorodność tych produktów, nie ma takiej możliwości żeby doprowadzić do deficytu w podaży białka. No chyba, że mówisz o diecie wegańskiej polegającej na jedzeniu frytek i piciu dietetycznej coli.

      Nie ma żadnych przeciwskazań w stosowaniu diety zarówno wegetariańskiej u dzieci, czy kobiet w ciąży, czy karmiących. I mówię to o wnioskach płynących z szeregu publikacji naukowych i rekomendacjach instytucji publicznych czy innych organizacji zajmujących się propagowaniem zdrowego odżywiania.

      A historie o rodzicach wegetarianinach głodzących swoje dzieci? Wybacz, ale to nagłówki z SE. Patologia nie jest wynikową diety… Skrajny wegetariain to kto? Taki wegetarianin terrorysta? 😉

      Tak czy siak polecam książkę. Możesz z niej poznać wizję świata tych, którzy kły i siekacze używają do rozgryzania marchewki;-)

      Odpowiedz
      • 10.10.2012 o 09:57
        Permalink

        Ja mam ugruntowanie zdanie na ten temat. Jak sam piszesz musisz dbać o różnorodność spożywanych roślin (a mięso – jeden rodzaj pożywienia – zawiera wszystkie te wymagane aminokwasy). Ja nawet nie wiem jak wygląda komasa a co dopiero szukać to w sklepie, rozgotowywać żeby się dało pogryźć i to jeść 🙂 Już nie mówiąc o tym że gotowanie wegetariańskich dań jest: czasochłonne, drogie i niesmaczne. Samo zdobywanie wiedzy, potem zdobywanie produktów a na końcu przyrządzanie tych potraw zabiera dużo czasu. A już zupełnie mnie rozśmiesza jak potem taki wegetarianin pokazuje przepisy na „hamburger bez mięsa” – taki przepis a’la Scott Jurek był w RW albo bieganiu w tym miesiącu. No to pokazuje że tak naprawdę wegetarianin który takie coś przygotowuje to chce jeść mięso i robi sobie taki „hamburger zastępczy”.
        Co do dzieci to ja mam zupełnie inne zdanie a twoja opinia moim zdaniem polega na badaniach robionych „z tezą” czyli nierzetelnie. Acha, żadnych brukowców nie czytam więc strzelam focha 😉 te wiadomości były z wiarygodnych źródeł i pamiętam że nawet ci rodzice (z USA) zostali oskarżeni.
        Pozdrawiam wszystkich wegetarian!

      • 15.02.2016 o 20:13
        Permalink

        Żenujące. Jednak z lekkim uśmiechem czytam te „mądrości” . Dyskutując o niesmacznych potrawach roślinnych mam przed oczami eksperta wrzucajacego stek ze swini na otluszczona patelnię. Swiniaka jedzacego wszystko co się nawinie… ale z 20 niezbednymi aminokwasami w zadku. Gratulacje rzetelnego podejscia do diety 😉

  • 10.10.2012 o 11:03
    Permalink

    Ja czekam, aż książka ukaże się w wersji na Kindle, bo ja z kolei ten nośnik preferuję. Ale przeczytam ją na pewno.
    A co do diety, to uważam, że to indywidualna sprawa. Przez 6 lat byłam wegetarianką i ani razu nie przyszła mi ochota na zjedzenie mięsa. Ostatnio poczułam, że jednak dobrze mi zrobi jedzenie ryb (ze względu na bieganie właśnie, czyli mam kierunek odwrotny niż Jurek), ale przekonanie się do ich jedzenia nie było łatwe. Owszem, trzeba mieć sporą wiedzę, żeby dostarczyć organizmowi wszystkiego, czego mu trzeba nie jedząc mięsa. Ale bez przesady, to się da zrobić (przed maratonem robiłam badania krwi – wyniki bez zarzutu). Nie wiem skąd pomysł, że dania wegetariańskie są drogie (właśnie mieliśmy sezon na mnóstwo owoców i warzyw), niesmaczne (zapewniam, że da się zrobić cuda, które zachwycają niejednego mięsożercę) i czasochłonne – ja np. potrafię zrobić świetny wegetariański obiad w 20-30 minut, za to z mięsa nie umiem zrobić absolutnie niczego jednak upierałabym się, że nie jest ono mniej czasochłonne niż dania wege.
    Co do samej diety wegańskiej ze dwa razy próbowałam na nią przejść i skapitulowałam, bo rzeczywiście jest trudna. Nie mam pojęcia z czym jeść kanapki (bo ja np. do pasztetu z soczewicy dodaję jajka, żeby się nie rozwalił), ciężko jest zjeść coś na mieście. Ale z drugiej strony potrafię zrobić sporo wegańskich dań, które są świetnym, pełnowartościowym posiłkiem nawet po 25-kilometrowym wybieganiu 🙂 Chociaż ja skapitulowałam, nie mam wątpliwości, że się da.
    Cóż, wszystko jest dla ludzi, byle podchodzić do tego z głową. Znam osoby, które pod pojęciem „obiad” rozumieją paczkę chispów i puszkę coli (serio) – i co im po tym, że jedzą mięso? Raczej nie robią nic dobrego dla swojego zdrowia.
    A co do wszelkich burgerów bez mięsa – nie przepadam za daniami wege typu „wędlina sojowa” (moim ulubionym absurdem jest wędlina sojowa o smaku drobiowym – w życiu bym tego do ust nie wzięła), „flaczki sojowe” itd (obstawiam, że wymyślał je jakiś smutny człowiek, który o kuchni wege nie ma pojęcia). Ale jest mnóstwo dań, które nie udają mięsa i są po prostu świetne.
    Co do obaw Pawła, że kuchnia wegańska jest trudna – przepisów Jurka nie widziałam, ale ponieważ książka jest wydana w Stanach, może być tam trochę niedostępnych u nas składników (mam amerykańską książkę wegańską i chociaż jest rewelacyjna, część przepisów jest niewykonalna ze względu na niedostępne składniki). Ale z drugiej strony jak się rozejrzeć po hipermarketach, warzywniakach i małych sklepikach to okazuje się, że naprawdę nie jest tak źle 🙂

    Odpowiedz

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *