Maraton to nie tylko forma. To suma decyzji. Możesz być przygotowany na 100%. Plan dopięty. Trening zrobiony. A potem i tak coś psujesz. Jedną decyzją. Jednym „a, spróbuję”. Ja także to robiłem. Także psułem swój maraton na swoje własne życzenie. Oto pięć sytuacji z trasy. Każda kosztowała mnie czas albo energię. Każda to lekcja, którą lepiej byłoby przerobić na treningu, nie w trakcie kluczowego startu.
Eksperyment na trasie: nowy żel
Klasyka, czyli eksperymentowanie na ostatnią chwilę. Dopiero dzień przed startem ogarnąłem, że brakuje mi żeli. To było wiele lat temu. Biegałem wtedy na sprawdzonych Nutrenda i wszystko działało jak trzeba – zero sensacji, pełna kontrola.
Na Expo zrobiłem szybki obchód stoisk. I zonk. Nutrenda nigdzie nie było. Kupiłem Vitargo, które znałem ale, którego nigdy wcześniej nie używałem. W głowie proste uzasadnienie: „to tylko żel”.
Na trasie okazuje się, że jednak nie „tylko”. Obyło się bez spektakularnego dramatu, ale od początku to nie grało. Odbijanie, dziwny posmak, dyskomfort jakbym zjadł coś nieświeżego. Niby biegnę swoje, ale brzuch cały czas przypomina, że to nie jest to, co zna z treningów.
To nie był problem Vitargo. To był mój błąd. Organizm nie jest miejscem na testy w dniu startu.
Wniosek jest prosty: nic nowego na maratonie. Wystarczyło ogarnąć zapas sprawdzonego żelu kilka dni wcześniej.
Za dużo jedzenia przed maratonem – wszystkie toi-toie moje
Nigdy nie byłem na diecie. Nigdy nie bawiłem się w liczenie makro. Zawsze jem normalnie. Przed startem też prawie zawsze jadałem bez kombinacji – zwykłe śniadanie, które znam i które działa.
Ten jeden raz wiele lat temu postanowiłem „zrobić to jak trzeba”, czyli zrobić ładowanie węglowodanów. Ogólna zasada – najpierw trzy dni bez węgli, potem trzy dni na wysokich obrotach i dużej ilości węgli. Przez te sześć dni było świetnie. Dni bez węglowodanów nie były problemem. Dni kiedy jadłem więcej makaronów i innych węglowodanów były przyjemnością. Ostatnie węglowodany, oczywiście w mniejszej ilości zjadłem przed startem maratonu.
Plan był wtedy ambitny. Efekt… spektakularny…
Do 15. kilometra wszystko grało wyśmienicie. Potem zaczęło kręcić w żołądku. Bardziej i bardziej z każdym kilometrem. Na 15 szukałem wzrokiem pierwszego toi-toia. Ulga na chwilę. Trzy kilometry dalej, znów to samo… Kolejna toaleta. I potem znów. Między 15 a 25 km zaliczyłem praktycznie każda możliwą stację z toaletami. Siły w nogach były. Tętno się zgadzało. Ale co z tego, skoro bieg zamienił się w serię przerywanych interwałów.
W efekcie na ostatnich kilkunastu kilometrach bałem się nawet pić na punktach by znów nie musieć korzystać z toalet. Zadziało. Końcówkę pobiegłem normalnie, bez problemów. Tylko że to, co straciłem wcześniej, zostało na trasie.
I znowu – to nie jest tak, że ładowanie węglowodanów nie działa. Problem był gdzie indziej – robiłem to pierwszy raz właśnie wtedy. Nigdy wcześniej tego nie testowałem. Nie wiedziałem, jak reaguje mój organizm. Może potrzebuje tych węgli nieco mniej? Albo w innych proporcjach?
Wniosek? Taki sam jak z żelami – żadnych eksperymentów.
Finisz za wcześnie – ściana gwarantowana
To był błąd, który realnie kosztował mnie życiówkę. Było to w Warszawie. Miałem wtedy życiówkę na poziomie 3:28 i konkretny plan: spokojnie biec na 3:30 i na ostatnich kilometrach coś z tego urwać. Ustawiłem się z pacemakerami i od startu wszystko szło idealnie. Równe tempo, kontrola, zero szarpania. 5, 10, 15, 20, 25, 30 km – książkowo.
I nagle nastąpił 35. kilometr. Pogranicze Ursynowa i Mokotowa. Daleko do mety w Centrum. Punkt odżywczy, lekki chaos i grupa która chwilę wcześniej biegła w zwartej „kupie” się porwała. Teraz to ja jstem z przodu. Czułem się świetnie więc bez większego zastanowienia biegłem dalej. Sam. Odruchowo lekko podkręcam tempo, zaczynam wyprzedzać kolejnych zawodników. W głowie prosta myśl: „jest zapas, trzeba to wykorzystać”.
Był zapas. Przez chwilę.
Około 39–40 km zaczyna się odcinanie. Tempo siada. Nogi jeszcze próbują, ale organizm mówi „stop”. Samemu, bez grupy nie jestem w stanie tego utrzymać. Przewaga znika, a po chwili widzę znajome baloniki.
Pacemakerzy mnie dochodzą.
Na mecie 3:30 netto. Plan zrealizowany… ale życiówka została nietknięta. Wniosek? Na maratonie wygrywa cierpliwość. Nie ułańska fantazja. A wystarczyło trzymać się grupy i planu przynajmniej do 40. kilometra.
Biegłem mimo że powinienem zejść
To już nie był błąd. To była zwykła głupota.
Na maraton do Wrocławia pojechałem na antybiotykach. Do tego tego dnia panował upał. Od początku czułem, że organizm nie działa tak, jak powinien. Było słabo, więc zacząłem bardzo asekuracyjnie. Wolniej, spokojniej, bez ciśnienia.
Tyle że to nic nie dało.
Z każdym kilometrem było gorzej. Po kolejnych piątkach świadomie odpuszczałem coraz bardziej. Około 20 km już truchtałem i powłóczyłem nogami. Bieg zamienił się w walkę o każdy kolejny kilometr. Odliczałem każdy z nich, szedłem, piłem wodę, jadłem i jednocześnie czułem się coraz słabszy.
Po trzydziestym kilometrze organizm powiedział „dość”. Było mi tak słabo, że w pewnym momencie usiadłem na chodniku a potem się na nim położyłem w cieniu jakiegoś drzewa. Kibice podali mi wodę. Pytali czy pomóc. Jak pomóc. Obcy ludzie zdecydowanie bardziej ogarniali sytuację niż ja sam.
To był moment, w którym powinienem zejść z trasy i poczekać aż sanitariusze mnie zabiorą. Może powinienem wtedy dostać elektrolity? Cukier? Nie mam pojęćia. Na pewno powinienem przestać kontynuować te zawody. Tego wtedy zabrakło -odpuszczenia. W głowie siedziało: „ja nie schodzę z trasy”. Tyle że organizm miał zupełnie inne zdanie.
Resztę trasy przeszedłem i jeszcze kilka razy siedziałem na chodnikach. Próbowałem sobie przypomnieć nazwę leków jakie przyjmuję gdybym musiał tę nazwę komuś podać… Zawody ukończyłem… ale nie polecam…
Do dziś, uważam że kontynuacja tego „biegu” za głupotę.
Wniosek? Zdrowie nie jest negocjowalne. Czasem największą siłą jest zejść z trasy, zanim organizm zrobi to za ciebie.
Start po pracy – fatalny pomysł
Pojechałem do Gdańska zmęczony. Nie „trochę”, tylko po siedmiu dniach pracy z rzędu. Po siedmiu nocach gdzie nie zawsze spałem tyle ile potrzebował mój organizm bo trenowałem wieczorem lub z samego rana. Głowa chciała biec, ale organizm był już po swoim maratonie.
Nie bez znaczenia był też fakt podróży do Gdańska — 3 godziny w pociągu prosto po pracy i z pracy.
Jak to się mogło skończyć? Tylko w jeden sposób.
Do 20. kilometra było jeszcze w miarę OK. Tempo trzymałem, wszystko wyglądało normalnie. Ale to była iluzja. Z „maratońską ścianą” zderzyłem się już po 20 kilometrach. Nogi puste, brak mocy, tempo siadło dramatycznie.
Oczywiście przez jakiś czas jeszcze próbowałem walczyć by dobiec z satysfakcjonującym wynikiem, ale… fianlnie nie pozostało mi nic inengo niż obserwować jak mijają mnie kolejni biegacze.
Końcówka? Bez siły. Bez satysfakcji.
Wniosek jest prosty: na maraton trzeba przyjechać wypoczętym, nie tylko wytrenowanym.


Część,
Za 2 miesiące biegnę swój pierwszy maraton. Mam jeszcze trochę czasu aby potestować żele. Jakie polecasz?
Warte przetestowania:
– Agisko – najbardziej kaloryczne (dające najwięcej energii)
– ALE – o rzadkiej konsystencji przez co choć kalorii mniej to łatwiej go przyswoić i nie trzeba popijać